Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syn Gwiazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syn Gwiazdy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 marca 2014

Rozdział 7: Głos z przeszłości

Być może strzeliłam sobie właśnie samobója, ale postanowiłam wprowadzić kalendarz. Bliżej omówię go w dalszych rozdziałach. Co jest czymś nieco głupim, bo daty to coś z czymś mam nie lada trudności. Zawsze kiedy ktoś pyta ile mam lat muszę się dwa razy zastanowić. Podobnie kiedy chodzi o wiek brata... Ma chyba siedemnaście. Może łatwiej zapamiętam jak skojarzę, że jest w wieku moich postaci ? Paweł i Paulina to rocznik „96”.

Dla amatorów wzruszeń trochę dłuższy rozdzialik, który mam nadzieje wzbudzi gamę emocji.
__________________________________________________


Rozdział 7: Głos z przeszłości

„Wolnoć to wielkie brzemię, niezwykłe i trudne do zrozumienia dla ducha. Nie jest łatwa. Nie jest darem, lecz dokonanym wyborem. I ten wybór nie jest wcale prosty. Droga wiedzie w górę, do światła, lecz zmęczony podróżnik może nigdy nie dostrzec jej końca.”


- Wujek? - spytała sennym głosem dziewczyna, siadając i ocierając zaspane oczy. - Ty nie wyglądasz jak wujek Klam – przyjrzała się mu oskarżającym wzrokiem, jakby to była jego wina, że nie jest tym, kogo ona się spodziewa.
Alexa bardziej niż jej spojrzenie, szarych jak podejrzewał oczu, martwił głos za dziecinny jak na osobę, która wyglądała na... no ponad szesnaście lat. Co prawda nie szło o głos jako-taki, ale o sposób wypowiedzi i ruchy, zachowanie. Sytuacja zrobiła się zupełnie komiczna.
Kiedy próbował wyciągnąć z niej jakieś informacji, odpowiadała, że wujek nie pozwala jej rozmawiać z obcymi, przez co parokrotnie musiał tłumaczyć, że on wcale nie jest obcy.
- Twoja kuzyna mnie tutaj wysłała, bo podobno źle się czujesz...
Po pośpiesznym badaniu źrenic i odruchów Alex stwierdził to co mógł się już domyśleć – ktoś zrobił jej pranie mózgu, ale bynajmniej nie za pomocą magii. Raz, że wymagałoby to skasowania wszystkich wspomnień do momentu narodzin, a coś takiego jest niemożliwe i bezsensowne. Poza tym magia oddziałująca na umysł nie pozostawia zewnętrznych śladów, które dałyby się zauważyć z zewnątrz jak na przykład poszerzone źrenice. Podczas całego zabiegu dziewczyna z infantylną prostotą opowiadała, że boli ją i swędzi twarz, że wujek zabronił jej się po niej drapać i kazał spać i zakazał wychodził.
- Muszę być grzeczna, bo się zdenerwuje...
- Oczywiście, a tego nie chcemy... - Kiwał głową cierpliwie słuchając. - A śniło ci się coś ciekawego jak spałaś? Jakieś kucyki? Jednorożce?
Zastanawiał się, czy nakazał jej również jak najmniej myśleć i jak najwięcej mówić. Wszystko to wskazywałby, by na wysokie stężenie eliksiru kontroli. Działa podobnie jak alkohol z tym, że nie powoduje mdłości i wybuchów śmiechu, tylko nieprzyjemną pustkę w głowie i otępienie, utrudnione myślenie, a przy tym pełna zależność od osób trzecich. Zazwyczaj podawany bywa zombi... to znaczy nie prawdziwym żywym trupom tylko ludziom, którzy zostają otruci narkotykiem, który wprowadza w stan pozornej śmierci. Po odkopaniu człowiek, nie zależni magiczny czy nie, mógł wybudzić z pozornej śmierci. Tu kończył się etap pierwszy, który w przypadku dziewczyny pominięto. Dopiero później w grę wchodził eliksir kontroli, którego nazwa mówi sama za siebie i który należy podawać ofierze regularnie, by nie doszła do siebie. Z tego ostatniego powodu, Alex szybko domyślił się kto i po co właśnie wspina się na wieżę po schodach.
- Zagramy w taką grę, zgoda? Zrobimy twojemu wujkowi małą niespodziankę.
- Nie jestem pewna, czy wujek Klem, lubi niespodzianki... - mówiła nieprzekonana dziewczyna.
- Zobaczysz, że będzie zabawnie. Tylko bądź cichutko i nic nie mów, zgoda? Najlepiej udaj że śpisz.
Trzy minuty później Klemmenth znajdując się w wieży, odłożył na mały stolik filiżankę z herbatą. Ledwie zdążył zauważyć stłuczony dzban i siedzącą obok wronę, a chwilę później leżał ogłuszony na podłodze, a dziewczyna zerwała się na równe nogi krzycząc, choć „piszcząc” bardziej może opisywało wydobywający się z jej gardła dźwięk.
- Ci... -upomniał ją Alex. - Wujek był zmęczony i zasną. To mu dobrze zrobi, wiesz, ma stresującą pracę. Zabawa się jeszcze nie skończyła. - Wyminął ją i zerwał z łóżka prześcieradło, by użyć go jako sznura, do skrepowanie mężczyzny. Skończywszy podszedł do dziewczyny i zabrał się za rozwijanie bandaży. Ku swemu zdziwieniu, odkrył masę głębokich, cienkich nacierać biegnących przez całe czoło, policzki i szczękę. Za tymi ranami, kryła się ta sama twarz, którą widział w jarzę. Sprawdziły się również jego podejrzenia.
-Paulina? Co ty tu robisz.
Dziewczyna słysząc to spojrzała na niego z ukosa. Powtórzyła słowo „Paulina” i najwyraźniej z czymś to jej się skojarzyło.
-Paulina nie żyje – powiedziała wreszcie po czym złapała się za głowę. - Niebieski ogień. Wszyscy muszą w niego wierzyć. On mnie zabił...
Wyglądało na to, że coś zaczyna jej świtać, ale mimo wszystko zachowywała się jakby miała bredziła po środkach odurzających, co nawet miało sens, gdyż eliksir kontroli stanowił swego rodzaju narkotyk. Chłopak uspokajał ją i tłumaczył jej to czego sam do końca nie rozumiał, a potem tknięty przeczuciem sięgnął do plecaka i wyjął naszyjnik z błękitnego bursztynu oprawiony w srebro. Wyglądał jak ćwiartka większej całości.
- Pamiętasz to? - Machał przedmiotem niczym wahadełkiem hipnotyzera.
Najraźniej eliksir przestawał działać, co w połączeniu z widokiem naszyjnika zaczęło dawać efekty. W każdym razie przestała bredzić, a spojrzenie zaczęło zdradzać przytomność umysłu. Przypominała sobie, choć opornie.
- Kiedyś przeprowadziłem cię z Lunanor do Dworu Feniksa, gdzie przez pewien czas mieszkaliśmy obok siebie – podpowiadał. - Byłaś inicjatorką pewnej wycieczki do podziemi Świątyni Powietrza. Gdyby nie twoja pomoc utopiłbym się tam. Wyciągałem cię z pożaru domu. Zdjęłaś za mnie klątwę i sprawiłaś, że mam normalna krew.
- Alex! - powiedziała, dumna z tego, że tak wiele sobie przypomniała, po czym nagle się skrzywiła i dotknęła strupów na twarzy. - Ała.
W tym momencie ponownie usłyszał kroki na schodach, a następnie wołanie. To była Sara.

Niewidoma zaprowadziła Alexa do kryjówki w podziemiach klasztoru. Niewielu wiedziało o ich istnieniu, jeszcze mniej dopuszczono do tajemnicy tego gdzie jest do nich wejście, a osoby które znały ten istny labirynt dało się policzyć na palcach jednej ręki, jednak o dokładnej lokalizacji nory, w której się znajdowali nie wiedział właściwie nikt, gdyż powstała bardzo niedawno. Po tym jak Widząca zirytowała Alexa mową o tym jak to od razu wiedziała, że mu się powiedzie, zabrali się za odpowiadanie na pytania Pauliny na temat jej przeszłości. Robili to w zasadzie dla zabicia czasu. Kiedy eliksir przestał działać wszystko do niej wróciło samo, a wówczas to Alex mógł pytać.
- Kto ci to zrobił? - Miał na myśli rany na jej twarzy, które uleczył na tyle na ile mógł. W efekcie dał rade jedynie
- Jeden z najemników. Właściciel salamandry. Nie spodobało mu się to co zrobiłam jego wierzchowcowi. Kazał przeprosić, a nie zamierzała i powiedziałam mu co myślę jego gadzie.
Klemmenth uwierzył w bajkę najemników o tym, że Paulina z własnej głupoty się poturbowała, wpadając w ostre krzaki. Dziewczyna z góry uznała, że nikt nie uwierzy w jej wersję. Nikt prócz Sary, która znała wydarzania zanim będą miały miejsce jednocześnie mając „związane ręce”.
Alex obiecał, że wynajdzie zaraz coś czym mogłaby uleczyć te nie najlepiej wyglądające skaleczenia, gdyż magią dał radę zasklepić jedynie skórę właściwa. Naskórek przedstawiał coś znacznie bardziej skomplikowanego. Wszystkie dostępne składniki miał w torbie: zioła sproszkowane na drobne i coś w czym zawarte w nich składniki lecznicze mogłyby się rozpuścić, a co jednocześnie je połączy.
Po prawdzie sam nie rozumiał dlaczego działał tak szybko Nikt mu w sumie nie kazał niczego robić, a przez jego zaniedbanie Paulina, by raczej nie umarła... no chyba, że wdałoby się zakażenie.
„Siła przyzwyczajenia” - tłumaczył sobie przypominając, że pół roku spędził wraz z Akuszerką z Colorist lecząc ludzi, na tyle zdeterminowanych, by prosić o pomoc podejrzaną o magię kobietę.
podczas gdy Alex formułował w głowie pytania, które zada Paulinie, kiedy ta  będzie już na to gotowa, Sara zaczęła omawiać ze swa kuzynka swój plan.


Życie ostatnio nie rozpieszczało Pawła. Przez żałobę po starszym bracie z trudem zdał gimnazjum. Najdłużej zajęło mu wydostanie się z pierwszej klasy, ale trzecia również nie dała się, tak gładko zaliczyć, choć nauczyciele naprawdę starali się, go „wypchnąć” na wszelkie możliwe sposoby. Nie obyło się bez paru rodzinnych awantur. Wytchnienie dawało mu jedynie, wykonywanie smoczych obowiązków, które zwalniały go za szkoły. Już nawet nie udawał przed nauczycielami, że choruje. Otwarcie „wagarował”. Po siedemnastych urodzinach, które obchodził w grudniu, ogłosił, że nie wybiera się do szkoły średniej. Jakiś czas potem zdał sobie sprawę z tego, że niedługo minąć mają przepowiedziane trzy lata, po których demon obiecał powrócić w razie swej przegranej. Może „przypomniał” nie jet tu właściwym słowem. Świadomość tego zaczęła dręczyć go we śnie i na jawie.
Zaniepokojeni rodzice i opiekunowie wysłali go do pedagogów, terapeutów, psychologów i psychiatrów. Oczywiście takich, którzy wiedzieli, że jest on smokiem, w przeciwnym razie zostałby uznany za wariata wcześniej niż to konieczne. 
Wszyscy stwierdzali paranoję, obłęd, schizofrenię, Twierdzili że ma przewidzenia i pytali, czy słyszy głosy. Zwykle nie musiał odpowiadać twierdząco. Potwierdzeniem był fakt, że rozmawiał sam ze sobą, widział coś, czy może kogoś, kogo nie ma i po sprawdzeniu okazało się, że nie jest to bynajmniej duch, a w każdym razie nie nieumarły, upiór czy zjawa, którą byłoby w stanie wykryć medium, w postaci kapłanki Boga Powietrza.
- Wcale nie zwariowałem – tłumaczył jednemu ze specjalistów.
- Oczywiście, że nie - uspokajał go psycholog udając, jak każdy przedstawiciel tego zawodu, że rozumie pacjenta. - Masz po prostu problem do którego nie chcesz się przyznać i przez to nie dajesz sobie pomóc. Zrozum, że Pierścienie już zostały zniszczone, co zawdzięczamy właśnie tobie. Świątynia Ciemności zniknęła pod ziemią.
- One wrócą... Może już wróciły. Nie możemy stać bezczynnie i czekać.
- Aoigsnisie – użył smoczego imienia Pawła i zaczął upewniać go o tym, że wszyscy są bezpieczni, a Strażnicy pilnują, by tak pozostało. - Wszyscy jesteśmy ci wdzięczni, za to czego dokonałeś w tak młodym wieku. Uratowałeś świat, niosłeś na sobie wielką odpowiedzialność, na którą nie zostałeś przygotowany. Teraz świat jest bezpieczny, a ty najwyraźniej albo nie jesteś w stanie przyjąć tego do siebie, albo...
- Albo co?
Zaczął wypytywać o rodzinę Pawła, o kontakty z matką, ojcem, o rodzeństwo. Pytał również o szkołę.
- Twój brat Kacper zaczął niedawno szkolenie na Strażnika prawda? Rodzice muszą to bardzo przeżywać. Ostatni syn powoli wylatuje z gniazda...
Paweł nie był głupi. Domyślał się do czego to prowadzi. Doktor sugerował, że to zazdrość i chęć zwrócenia na siebie uwagi rodziców i kto wie może ogólnie otoczenia pchnęła go do tego, by przypominać wszystkim o Pierścieniach. Mógłby dzięki temu znów poczuć się ważny i wyjątkowy czego mu w tej chwili brakowało.
Paweł tracił już cierpliwość. Wcześniej przynajmniej podejmował próby wymieniania racjonalnych dowodów na to, że demony nie zginęły. Amber, jego przyjaciółka pół-elfka, na przykład, nadal wyglądała jak wiewiórka, choć klątwa powinna stracić swą moc, a na ręce Pawła nadal widniał symbol przysięgi złożonej Trzeciemu Elementowi.
Tu należałoby przypomnieć, że choć demon pierwotnie istniał jeden, to dla bezpieczeństwa podzielono go na pięć elementów. Każdy element miał jakąś specjalność. Pierwszy – wodę, drugi – powietrze, trzeci -ogień, czwarty – ziemię, piąty - niewidzialność. Wszystkie pierwotnie zostały zamknięte w pierścieniach, część z nich jednak zniszczono, co jak się okazało spowodowało iż demony przeniosły się na ludzi. Głównie niemagicznych, ale bywały wyjątki.
Nosicielką Pierwszego Elementu, a w każdym razie ostatnią, miała na imię Meridiana. Siły ciemności obrały ją za cel, prawdopodobnie dlatego iż dawało im to dostęp do króla Imperium. Paweł nie zdziwiłby się gdyby znajdował on się nadal pod wpływem Pierścienia, choć według jego teorii prawdopodobnie oddziaływanie to zmieniło swoja postać. Oczywiście wszyscy uznawali to za paranoje, ale on wiedział swoje.
„Nie zwariowałem” - mówił sobie, jednak jeszcze przed wyjściem z gabinetu znów ją zobaczył. Stała pod oknem i przyglądała się mu błyszczącymi na złoto oczami.
- My nigdy nie łamiemy umów i nie kłamiemy. Przegrasz przechodzimy bez walki, wygrasz masz trzy lata. Trzy to dobra liczba. - powiedziało złudzenie, które wyglądało podejrzanie rzeczywista.
Chłopak nie potrafił odwrócić od niej wzroku, a doktorowi to nie umknęło.
- Jaka mamy datę ? – Paweł silił się na normalny głos choć gardło miał ściśnięte.
- Dwudziesty trzeci dzień września, w Świecie Smoków wczoraj skończył się trzydziesty dzień Enta, czyli dziś pierwszy dzień Wagi.
- A kiedy miała miejsce bitwa pod Świątynią Ciemności ?
- Trzy lata temu i jeden tydzień. Dwudziestego drugiego Enta.
"Za dużo strąciłem już czasu."  

sobota, 1 marca 2014

Rozdział 6: Srebrne smoki

[Tu aż kusi by użyć cytatu: „...który w pogardzie mając tnące szpony mrozu i słońce pustyni. Dnie i noce gnał. Nie pomny przepisów BHP aż dotarł gdzie dotrzeć miał. […] ...mógł zdjąć straszliwy urok. Wpił się więc do najwyższej komnaty w najwyższej wież i ujrzawszy zarys delikatnej postaci rozsunął zasłonę za którą spała...” no ale to w sumie nie jest z książki, poza tym nie jestem zupełnie pewna czy dokładnie tak to szło.]


„Czy może być coś wspanialszego od historii, która za każdym razem, gdy jej słuchamy, wkłada inną sukienkę?”


Sara niedawno skończyła dwadzieścia trzy lata, jednak coś w jej twarzy i zachwianiu dodawało jej powagi i doświadczenia, tak typowych dla ludzi starszych. Alex zawsze współczuł tego, że wybierając ją na Najwyższą, Ewa niemal zupełnie pozbawiła ją dzieciństwa, jednak przyznać musiał, że nie wyobrażał sobie nikogo godniejszego tego tytułu.
Gdyby byli sami wystarczyłoby zwykłe „cześć”, ale przy świadkach należało dla świętego spokoju uklęknąć na jedno kolano. Już miał się przywitać, kiedy Sara klasnęła.
- Jakże się cieszę, że już jesteś Alex – chłopak nie został zapowiedziany, sam nie zdążył się przedstawić i na dobrą sprawę nawet nie zdążył się odezwać, a mimo to niewidoma wiedziała kim jest. 

- Spodziewałaś się mnie... – Nie pytał bo sam się spodziewał, że się go spodziewa, a ona spodziewała się, że on będzie się spodziewał tego, że ona się go spodziewa.
Uśmiechną się, ale spojrzawszy na Klammentha dodał pośpiesznie formułkę „o pani”, co wydało mu się nieco idiotyczne, bo oboje byli niemal w tym samym wieku i znali się dobrze od dzieciństwa. - Wiesz więc z jakimi wieściami przychodzę?
Sara potwierdziła i zaczęła opowiadać jak to bardzo smuci ją sytuacją, której był świadkiem. Alex szybko zrozumiał że większa część jej wypowiedzi została przemilczana. Powodem był fakt iż Sara wiedziała o obecności Klammenth i wyraźnie próbowała mu coś przekazać tak by głowa klanu o tym nie wiedziała. On odpowiadał więc równie tajemniczo i tak zaczęła się gra w skojarzenia i metafory. Poczuł się zupełnie jak podczas zabaw które prowadzili podczas zabawy w ciuciubabkę kiedy Sara odwiedzała go w Dworze Feniksa ponad siedem lat temu.
Niestety w pewnym monecie Klammenth postanowiła się wtrącić do rozmowy żądając wtajemniczenia jej w szczegóły, a Alex świadom że ta baba się nie odczepi, tylko westchnął i zaczął barwną, acz zupełnie nie prawdziwą historię traktującą o jego grzesznej miłości do swego młodszego rodzonego brata, która to w zbiegu tragicznych okoliczności doprowadziła do wojny pomiędzy klanami. Kobieta najwyraźniej nie zauważyła, że nie bardzo to się zgadzało z ich dotychczasowym dialogiem, ale jeśli Alex na czymś się znał to było to odwracanie uwagi.
Kiedy zasugerował, że wszyscy już pewnie o tym słyszeli, Klammentha nie mogła przyznać się do niewiedzy.
„ Typowe dla ludzi z klanu Wyroczni, nawet tych co nie są kapłankami, nigdy nie zdradzą, że są niedoinformowani, lub o czymś nie słyszeli.” - Czarodziej musiał się pilnować by nie zdradzać rozbawienia. - „ Jednocześnie nic tak nie bulwersuje ich jak historia o połączenia kazirodztwa z homoseksualizmem.”
Sam nie miał rodzeństwa i nie pałał afektem do żadnego, ze swych krewnych, a Sara o tym dobrze wiedziała. Poza tym Alex nie należał do żadnego klanu. Jako inspiracja posłużyła mu plotką, którą ktoś kiedyś puścił, by oczernić starsze rodzeństwo jego przyjaciela Foxa, którzy w dodatku byli bliźniakami co stanowiło już mocne połączenie nawet w świecie czarodziejów. Historia dodatkowo podkolorowana, miała posłużyć odstraszeniu mężczyznę, lub choć przestrzec przed drążeniem tematu.
- Co postanowisz Saro? - spytała Klammenth dzielnie pozostając w pokoju, choć z każdym opisywanym przez Alexa szczegółem robił się na przemian, blady i zielony, jakby miał się za moment pozbyć obiadu.
Jako pokutę Sara zaproponowała co następuje: „Udasz się z stąd na wschód. Najdalej jak się da, a później wzdłuż na południe. Gdy ujrzysz dwa srebrne smoki, niczym filary, oznaczać to będzie że jesteś na właściwej drodze. Zwycięstwo nie od pory dnia zależy i nie wymaga pośpiechu. U kresy swej podróży usłyszysz głosy z przeszłości. Podążaj za nim.”
Alex dokładnie zakodował sobie te słowa w celu późniejszej analizy, ukłonił się i wyszedł z pokoju, by tuż po posiłku ruszyć trzymając się wskazówek Sary. Nie miała pojęcia, gdzie go maja zaprowadzić. Z pewnością chodziło jednak o miejsce w obrębie klasztoru. W przeciwnym razie rzuciłaby nazwę jakiegoś miasta zamiast mówić „udasz się stąd na zachód”. „Stąd” a więc względem pokoju, w którym rozmawiali, a nie klasztoru, ani góry. Dokładnie przyjrzał się więc co leży na zachód od pokoju Sary. Przeszedłszy przez ogród, dotarł do kolumnady, za którą znajdowali się drzwi. Jedne obok drugich i tak przez całą długość ściany. Skręcił w lewo i szedł wzdłuż niej. Teraz znaleźć musiał smoka. Na terenie klasztoru roiło się od posągów, ale żaden nie był ze srebra, a już na pewno nie występował w parzę.
Tuż przed sobą dostrzegł dwóch mężczyzn. Po broni poznał, że są to Strażnicy. Tylko im wolno było wnosić tu coś ostrzejszego od obieraczki do ziemniaków. Alex przyjrzał się im uważnie zastanawiając się, dlaczego stoją akurat przy tych drzwiach, skoro tylko Najwyższa wymagała podobnej troski.
„Może na kogoś czekają? Nie. Stoją o wiele za sztywno. Zupełnie jak... filary” - Zachodzące słońce nieznośnie raziło go w oczy odbijając się od czegoś co nosili przypięte do ubrania. - „Szkoda, że nie potrafię zwężać źrenic tak jak oni... Zaraz, przecież to są Smoki.”
Czarodziej stał przyglądając się mężczyzną o dzikich spojrzeniach i gniewnych rysach twarzy, jakby złych na siebie, że dali się wrobić w równie nudną robotę.
„Wiec są smoki, jak filary. Wszystko się zgadza, tylko co z tym srebrem?” - Przyjrzał się temu co do tej pory tak usilnie go raziło i uzmysłowił sobie, że są to srebrne odznaki w kształcie smoka.
„Ale wymyśliła. To odznaki Strażników.”
Uprzejmie przywitał się i ryzykując guza spytał od kiedy do smoki stawia się na straży składzików. Jeden z nich warknął groźnie, ale drugi był tak znudzony, że miłym mu się wydała jakakolwiek rozmowa.
- To nie składzik, tylko pokój. Pan Klammenth kazał pilnować, by nikt z niego nie wychodził.
- To jakaś próba woli? - spytał ich, co ich zainteresowano, choć nie rozumieli o co mu chodzi, a po paru pytaniach okazało się że po prawdzie nie wiedzą czego pilnują i to zaczynało ich już irytować.
„Oczywiście, że nie wiecie, co tam jest, bo gdybyście wiedzieli to byście go nie pilnowali.” – pomyślał.
Smoki były bystre, ale jednocześnie sama sytuacja była niepokojąca przez fakt, że nikt ich nie poinformował o tym czego pilnują. Najwyraźniej już dłuższy czas ich to dręczyło, a kiedy Alex zasiał ziarno zwątpienia twierdząc, że „rządzący tu pan”(Alex po prawdzie zapomniał jak brzmiało to długie imię na „k”) choć nie jest już dzieckiem to głową klanu jest niedawno i może brakować mu jeszcze doświadczenia w przydzielaniu obowiązków.
- Możliwe, że wcale nie wierzy w smoczą potęgę. Z resztą od czego jest kłódka w drzwiach? Znam to miejsce. W tej części nie zamieszkują przecież żadne ważniejsze osobistości, a drzwi których pilnujecie prowadzą do obserwatorium astronomicznego - tak jakiś czas rozmawiali, raz o bezsensownych rozkazach Klemmenth.
Smoki były bardzo silne, zwinne, szybkie, potrafiły latać, wykrywać kłamstwo i wpadać na sprytne pomysły, ale te młode dodatkowo nie posiadały cierpliwości i choć poczucie obowiązku kazało im stać sztywno to dusze im się wyrywały do lotu, rywalizacji. Słowem do życia.
Alex wiedział to i wykorzystał, zasiewając ziarno zwątpienia, ale nie kłamiąc. Przydało się to kiedy smoki, nie bardo mu wierząc przepytały przechodzących obok ludzi o zdanie. Wszyscy zgodnie potwierdzali słowa Alexa co do przeznaczenia pokoi oraz co do tego, że takiej głowy klanu jeszcze nie było.
W końcu udało mu się tak zakręcić im w głowach, że postanowili pójść coś zjeść. Alex nie miał problemu z dostaniem się do środka, zastanawiając się ponownie co, lub kogo tu zastanie. Po wspięciu się po schodach znalazł się w pokoju z okien którego, rozciągał się widok na malowniczy zachód słońca oświetlające śpiącą już postać. Przyjrzał się leżącej na sienniku postaci i przez moment nie był pewien, czy trafił we właściwe miejcie. 

Miała zabandażowaną twarz, a z pomiędzy czerwonych pasemek wyglądały czarne, z których jeszcze nie całkiem zszedł barwnik. Obecnie bowiem nie widział jej oczu, ale jeśli okazałby się szare to oznaczać mogłoby, by pochodzenie z klanu Wyroczni. Przy tym proste, a Alex znał tylko dwie kobiety z klanu wyroczni o prostych rudych włosach. Pierwszą była pani Ewa, drugą jej córka, którą miał okazję poznać kilka lat temu. Obie formalnie nie żyły, ale postać z jaru mogła mieć tyle lat co wspomniana córka.
„Ile miała córka Ewy trzy lata temu? Dwanaście lat?” - Zawsze miał wrażenie, że był od wspomnianej dziewczyny nieco starszy, ale z całą pewności nie mógł stwierdzić o ile. Z reszta wówczas mało go to interesowało i zdążył już tą informację zapomnieć.
Rozpoznanie twarzy uniemożliwiały opatrunki lekko jeszcze czerwone. Swoja drogą nie przypominał sobie, by prowadzona w stronę wozu dziewczyna doznała jakiś ran tej cześć ciała. Mimo wszystko wskazówki Sary wskazywały dokładnie właśnie to miejsce. Chyba, że się pomylił i stoi właśnie w sypialni jakieś obcej dziewczyny.
„Dziewczyny, która była pilnowana przez parę smoków, którym przed wszystkim nie wolno było nikogo wypuszczać. Dziewczyny, która mimo poważnych ran znajdowała się zamknięta w dawnej wieży astronomicznej, zamiast w pokoju szpitalnym. Tak... To musi być ta osoba, którą wskazała mi Sara."

Zrozumiawszy, że na bazie takiej obserwacji nie zyska większej pewności co do tożsamości dziewczyny.
Usiadł na skraju łóżka zastanawiając się w jaki sposób ją obudzić. Wyglądało na to, że miała mocny sen, ale uznał, że potrząsanie nią byłby nieco za brutalną pobudką. Szczególnie, że przecież miał najwyraźniej do czynienia z ranną osobą. 
W zasadzie cała ta sytuacja przywoływała wrażenie deja vu. Smoki pilnujące najwyższej, a w tym wypadku jedynej, wieży w której to spotyka śpiąca kobietę. Nie pamiętał tylko skąd, a kiedy przypomniał sobie skąd wstał naglę z myślą: "Nie. Aż tak mi nie zależy na obudzeniu jej."
Poczuł ulgę i wdzięczność do  Meg kiedy ta przypadkiem stłukła dzbanek z wodą, hałasując przy tym tak ze martwego by obudziła, a co dopiero tajemniczą "królewnę".

_________________________________________________________

Tak moi drodzy wygląda w praktyce minimalizowanie dialogów, do których nie miałam cierpliwości. 

Rozdział 5: Podchody

Z początku Klemeth miała być kobietą, ale że postaci żeńskich i tak będzie sporo, a poza tym to zwykle mężczyźni piastowali en urząd i nie widzę powodów by tym razem musiało specjalnie być inaczej, uznałam, że będzie to jednak facet. Niemniej jakby pleć gdzieś się nie zgadzała to będziecie wiedzieli czemu.
________________________________________________________________________________


"Czasami odpowiednio odmierzona prawda jest lepsza niż stuprocentowe kłamstwo."


Dziewiętnastoletni już Alex przyjrzał się uchu białej rzeźby, by odkryć, że ktoś najwyraźniej na powrót je przytwierdził. Młodzieniec uśmiechną się pod nosem.
-Witam. Czym mogę służyć ? - spytał głos, po jego lewej.
Odwrócił się i zobaczył mężczyznę w średnim wieku, o wyglądzie charakterystycznym dla osób z klanu Wyroczni. Burza rudych włosów, krótko przyciętych, okalających piegowatą twarz, szare oczy, o pewnym siebie spojrzeniu kogoś, kto jest niemal wszystkowiedząca i nic nie może go zaskoczyć, a przynajmniej tak mu się wydaje. Z pewnością nie wyglądał, jakby naprawdę zamierzał komukolwiek służyć pomocą. Ten ton sugerował raczej, że gdy nie grzeczność i poniekąd same miejsce, wolałby powiedzieć: „Przepraszam, ale mamy już tu wystarczająco dużo bezdomnych nierobów do wykarmienia, może pan spróbuje gdzie indziej.”
Alex nigdy wcześniej go nie widział i z pewnością nie było go w tym miejscu dwanaście lat temu.
- Dzień dobry - wysilił się na przyjazny ton by nie zyskiwać pierwszego dnia wroga.- Chciałem rozmawiać z Najwyższą Kapłanką.
Po prawdzie spodziewał się zastać Najwyższą modlącą się w tym pozbawianym ogrzewania pomieszczeniu.
- Najwyższa jest chwilowo zajęta.
„A to ciekawe czym? Pieli grządki? Zabawia rozmową Najwyższego kapłana Boga Ognia?”
- To dość pilne – zastrzegł, choć wątpił by chęć rozmowy ze starą znajomą na temat wydarzeń, których był świadkiem mogła ostać uznana przez jego rozmówce za pilną.
- W takim razie chętnie wysłucham tej ważnej wiadomości. Nazywam się Klemmenth, jestem wnukiem Gelgagora, głowy klany Wyroczni i jego następcą. Możesz mi wszystko powiedzieć, a ja przekażę to Najwyższej.
„Tak więc stary Gelgagor nie żyje...” - Gelgagor, był w podeszłym wielki już, kiedy Alex opuszczał to miejsce. Chłopak nigdy nie zapomni jego miny, kiedy starzec zobaczył uszkodzoną rzeźbę. To on był odpowiedzialny, za zdobycie pieniędzy na jej renowacje, a nie należał do bogatych ludzi.
Głową klanu zostawali zazwyczaj mężczyźni, dla swego rodzaju równowagi. Oni pozbawieni daru widzenia, zajmowali się sprawami świeckimi, a kobiety duchowymi. To znaczyło, że stojący przed nim człowiek pozbawiony jest mocy widzenia przyszłości i prawdopodobnie również mocy magicznej.
- Obawiam się, że moja wiadomość jest dość długa, bardzo prywatna, a przy tym zależy mi by dotarła bezpośrednio do Najwyższej.
Wyglądało na to, że przekonała rozmówce, gdyż poprowadził go ścieżką na zachód, w stronę cel kapłanek, a Alexa przez cała drogę prześladowało dziwne przeczucie, że w klasztorze dzieje się coś niedobrego.


Tęcza tworzona przez resztki śniegu tańczyła u stup trójki podróżnych, kiedy ci prowadzili konie przez górzysty teren idąc pozostawionym w błocie niewyraźnym śladem.
- Czy on musi zawsze wybierać takie paskudne miejsca na kryjówkę? Powiedz mi Fello, czy on choć raz nie mógłby wybrać sobie jakąś porządną, przyzwoita oberżę ? Wynająć mieszkanie u dobrze zarabiającego kupca... Cokolwiek. Jak można spać w stodole, jakiejś obskurnej karczmie, czy u krasnoludów? - narzekała Estera.
- U krasnoludów było jeszcze w miarę przytulnie, biorąc pod uwagę ich standardy – wtrącił Fello.
Miał on ciemne włosy z pojedynczymi brązowymi pasemkami, które opadały na prawe oko zmuszając go do odgarniania ich co jakiś czas. Ciemny zarost na bródce dodawał mu wieku. Z reszta przewyższał wiekiem pozostałą trójkę raczej znacznie.
- Jeszcze śmierdzę tamtym powietrzem, prawda? Tą mieszaniną potu, piwa i kto wie czego jeszcze.
- Przesadzasz. Czuć tam było najwyżej przypalonymi ziemniakami - wtrącił Tobi.
- Jeszcze gorzej. Fu..
- Nie słuchaj Tobiego. Skarbie, pachniesz pięknie jak zawsze – skomplementował Fello, co spowodowało że zniesmaczenie które opuściło twarzy Estery zdawało się przejść na Tobiego, który skrzywił się słysząc ten tekst, poparty mydlanym spojrzeniem.
„Trzeba coś zrobić jeszcze trochę i zaczną mi się tu migdalić.” - pomyślał z obrzydzeniem nastolatek.
Tobi przez ostatnie trzy lata nie zmienił się zanadto z wyglądu. Ot zwyczajny ciemnowłosy chłopiec, o przeciętnej urodzie, który wychował się w jednym z większych ludzkich miast w Świecie Smoków.
- Na twoim miejscu nie przejmowałbym się tak tym smrodem z karczmy. Zapach koni jest znacznie bardziej intensywny. – Zaśmiał się Tobi, gdy jadąca przed nim dwójka zaczęła rzucać sobie spojrzenia niczym w zwolnionym tempie.
Kiedyś Tobi słyną z tego, że znał wszystkie drogi, w Tharond. Obecnie sława ta znaczyła tyle co nic kiedy podróżowało się po wielkim świecie. Tobi był przebiegłym, odważnym, ambitnym chłopakiem, łaknącym przygód i wiedzy. Większość tych cech, które dawały się dostrzec w jego niebieskich oczach nie należały od negatywnych, ale niestety umożliwiały łatwe manipulowanie nim. Miał poza tym nieprzeciętną pamięć, szczególnie przestrzenną, rozeznanie w terenie.
- Jak on to zrobił? - spytała sama siebie Estera i ręce jej opadły.
Starsze towarzystwo chłopca prowadziło konie tuż przed nim skutecznie zasłaniając mu wąska ścieżkę, przez co musiał on przejść się kawałek nim dostrzegł co do tego stopnia załamało kobietę.
Okazało się iż obszar przed nimi pełen był śladów. Trop mieszał się z tropem jak tuzin poplątanych ze sobą szpulek nici i każdy szedł w innym kierunku.
- Ma nad nami dzień przewagi i daimna, który jest w stanie przybierać ludzka formę i latać – zauważył Fello i wyciągnął z juków kartkę i ołówek oraz podpórkę i oparłszy się o drzewo zabrał się za dokańczanie przerwanego kiedyś szkicu, jak gdyby nigdy nic.
Estera stała tak na środku tej plątaniny jakby miała za moment zemdleć, lub się rozpłakać. W takich chwilach – a obaj jej towarzysze wiedzieli to już dobrze – lepiej było zostawić ją i pozwolić dojść do siebie. Tobi przeczekiwał to załamanie bawiąc się lunetą, a że stali na niewielkim wzniesieniu terenu, miał bardzo ładny widok na całą okolicę.
- To jakieś kpiny... - szeptała do siebie. wzięła głęboki wdech i wydech. 
- Myślę że chyba wiem gdzie on jest  – zwrócił się do dużo starszego kolegi Tobi, wpatrując się w jakiś punkt przez lunetę.
- Doprawdy? - Estera uniosła brew.
- Tak tam na górę jest jakieś miasto. Dam głowę, że właśnie tam jest.
- To nie miasto tylko klasztor, poza tym to zbyt oczywiste. Iść na północ by dotrzeć do miejsca do którego może wejść każdy. Z którego jest tylko jedno wyjście. - Fello wyliczałby jeszcze długo gdyby nie to, że Tobi na grzbiecie konia pędził już do przodu. 
- Fello...
- Tak już kończę – oznajmił skrobiąc ołówkiem po papierze, a z każdym kolejnym ruchem skrzydlate stworzenie nabierało życia. 
Mężczyzna wrócił do rysowania, położył swe dzieło na śniegu, a potem gestem ręki sprawił, że odkleiło się od kartki i zyskało trzeci wymiar. Z początku nieco schematyczny z czasem nabierał kształtu, koloru... Nietoperz wymiarów kartki A4, podpełzł do jego ręki, dziabnął go w rękę i zaczął sączyć krew. Fello nie protestował, przyglądając się jak jego nowy pupilek rośnie, a kiery potworek sięgał mu już do pasa odezwał się do niego nadając mu imię Chir i wydał pierwszy rozkaz.
Nietoperz pościł rękę i z nieznaczną trudnością wzbił się w powietrze. Tobi nie miał szans i już po kilku chwilach wisiał trzymany za ubranie przez zęby słusznych słusznych rozmiarów latającego ssaka. Potwór upuścił go na ziemie, po czym wylądował tuż obok i wydał dźwięk bynajmniej nie nietoperzy, brzmiący jak syczenie. Tobi znieruchomiał rozumiejąc aluzję.
- Doceniam twój szczery zapał i zaangażowanie mój młody przyjacielu – zwróciła się do niego Estera, kiedy wraz z końmi nieśpiesznie do niego podeszli. - Doceniam, ale to ja tu jestem mózgiem tej misji, a umknął mi moment, w którym kazałam wskoczyć na koń.
Potworek został odwołany, a Tobi odetchnął z ulgą, że nie musi już patrzeć w czarne ślepia rysunku Fello.
Załóżmy, że masz rację i że on tam jest. Co zamierzasz? W pojedynkę zbrojnie napaść wzgórze? - spytała spokojnie jakby tłumaczyła coś niedorozwiniętemu dziecku.
- Wkradłbym się i.. - zawahał się.
- Nie nie wkradłbyś się. Tam znajduje się klasztor Bogini Światła. To nie to samo co wasza świątynia powietrza w Tharond. Tam aż roi się od smoków, a obok nich nie przejdziesz niezauważony.
- Alexa wpuszczono, więc myślałem... - urwał.
- On nie jest czarnym magiem, ma daimona, nie jest już upiorem, a co ważniejsze zna osobiście Najwyższa kapłankę. Poza tym zna te miejsce prawie tak dobrze jak ty Tharond. Przypomnij sobie choćby ostatnią sytuację w jego pokoju. Znał teren i widział którędy wejdziemy i to mu wystarczyło. Widzisz tu wśród nas jakieś daimony? Nie. A widzisz to? – Wskazała na żywy rysunek karmiony przez Fella. - To jest chodzący okaz czarnej magii. Naprawdę sadzisz, że nas tam tak po prostu wpuszczą?
- To co robimy? - spytał z lekką irytacją.
- Czekamy... - po tym komunikacie zapadła dłuższa cisza. Fello zabrał się za dorabianie towarzystwa dla swojego nowego pupila, Estera studiowała mapę okolic, a Tobi rozmyślał nad sytuacją.
- Powiecie mi wreszcie, przynajmniej dlaczego go ścigamy? - spytał po jakimś czasie.
- Skoro Zythrian cię nie wtajemniczył nie widzę powodu bym ja musiała, lub mogła to robić.
- Jeśli chcemy uniknąć zbędnych nieporozumień, może powinnaś choć uchylić rąbka tej tajemnicy – zauważył Fello.
Estera niechętnie przyznała rację i wyjawiła z grubsza to co Tobi już wie. Mianowicie, że muszą schwytać go żywego i w miarę „nie uszkodzonego”, a pełnią sukcesu będzie jeśli da się przekonać by wrócić z własnej woli.
- Stąd te podchody? Zmarnowałaś trzy lata by nawiązać z nim dialog, by go przekonać? - Tobi nie dał rady stłumić parsknięcia śmiechem. - To głupota. Nie łatwiej go po prostu wziąć z zaskoczenia ogłuszyć i siłą...
- Wybacz że ci przerwę – wtrąciła Estera, bardzo rada, że ma z kim dyskutować o swej genialnej strategi. - Tak się składa że to czy nawiążemy dialog przed, czy po doprowadzeniem go na zamek to nie ma znaczenia. Wyjdzie na to samo, a my mamy jeszcze nieco czasu przed sięgnięcia po tą wspomnianą przez ciebie ostateczność i jeśli o mnie chodzi zrobię wszystko, by do niej nie doszło. 


wtorek, 18 lutego 2014

Rozdział 4: Spadająca gwiazda

„Przecież sens słowa nie zawsze jest to samo, głupie słowo może nabrać powag, jeżeli padnie w chwili, która na nie czeka.”

Garranzai w łańcuchu Gór Białych, miała wręcz status jednej z najniższych, a jednak była duża w szerz. Z daleka wyglądała niczym głowa olbrzyma  bez twarzy i szyi, przykryta białym prześcieradłem. Na jej łagodnym, prawie płaskim szczycie, znajdował się klasztor Bogini Światła. Miejsce jedyne w swoim rodzaju, gdyż pozostałym bogom stawiono jedynie świątynie, w której kapłani żyli z datków. Tu kapłanki pracowały same na przeżycie, a ich właściwa świątynia, jedyna na świecie znajdowała się setki kilometrów na północ, na pustyni, za górami i tylko raz na średnio pięćset lat Najwyższa Kapłanka, wraz z garstka wybranych w tym celu ochotników, ruszała do niej z misją. 
Wracając jednak do Garranzai. Prowadziły na nią dwie drogi. Północna oraz południowa. Obie wiły się spiralą wokoło góry parokrotnie, nim doprowadziły do celu.  Ponieważ miejscami się przecinały, umożliwiały podróżnym łatwo obejść górę. Dostanie się jednak na szczyt, było czasochłonne, dając podróżnym czas na dłuższą refleksję, retrospekcje, przemyślenia i medytację, z której Alex skorzystał gdyż nie miał ochoty by iść "na skróty" po pionowej skale.  
Na końcu drogi przywitał go niewielki zagajnik, zazwyczaj oproszony śniegiem, w mniejszym, lub większym stopniu.  
Zespół budynków łączył w sobie sierociniec, skromne cele kapłanek, niewielka stajnie i parę innych pomieszczeń, jak kuchnia, czy łaźnie. Całość tworzyła kształtem kwadrat dostrzegalny z lotu ptaka, w środku którego znajdował się ogród, a w jego centralnej części, a jednocześnie w najwyższej części góry, mieściła się kapliczka wzniesiona na planie okręgu, otoczona kolumnami.  
Tam właśnie zmierzał Alex. Po bokach wyłożonej kamieniami dróżki, rosły owocowe krzewy i odporne na chłód zioła. Chyba jedynie bogowie wiedzieli dlaczego w ogrodzie, który przemierzał nigdy nie padał śnieg mimo braku dachu. Chłopak już w dzieciństwie podejrzewał, że jest to efekt interwencji kręcących się tu Strażników, wśród których znajdowali się magowie. 
Wapienne ściany i podłoga kapliczki zachwycały bielą, która niczym czysty śnieg odbijała słońce rażąc w oczy. Przed nim stał  wykuty w białym kamieniu posąg Bogini Światła, przedstawionej tak, jakby była częściowo wtopiona w ścinę za sobą. Oczy miała zamknięte, a głowę uniesioną ku górze jakby lada moment miała się wybudzić z medytacji i rozjaśnić cała okolice swym płomieniem. 
Ze wszystkich posągów przedstawiających smoki, tylko z tego jednego bił niezachwiany spokój. Pozostałe, jak te na otaczających kaplicę kolumnach, wyglądały jakby chciały się rzucić i odgryź głowę zwiedzającym, na jeden rozkaz swej pani. Mało kto jednak im się przyglądał. Były małe i czaiły się tuż pod sufitem.  Poza tym wszystkie one łącznie z dużym białym, to jedynie wspomnienia istot, które nie istniały już w tym świecie. W każdym razie nie ciałem, a jedynie duchem. 
Dotarłszy do kapliczki Alex rozejrzał się, wsłuchując się we wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa, kiedy to często wspinał się na głowę posągu bogini i wyobrażał sobie, że lata.  Nikt go nie widział, bo z dołu trudno o to, by dojrzeć małego siedmiolatka na tak olbrzymiej głowie. Jedyną osobą, która nie tylko go znalazła, ale i przyczyniła się do sprowadzenia go na dół, była mała, ruda, niewidoma, dziesięcioletnia wówczas dziewczynka imieniem Sara. 
- Wiem, że tam jesteś – powiedziała patrząc gdzieś w górę. - Jeśli teraz zejdziesz usłyszysz bajki mojego wujka. Lubisz bajki? Tylko uważaj na ucho, bo wówczas zejdziesz szybciej niż zamierzasz.  
Tak też się stało jak powiedziała dziewczynka. Ponieważ oparł za duży ciężar na uchu posagu, gdyż myślał, że uważać ma na własne, to urwało się i zaczął zmierzać najszybszą dragom w dół. Prawdopodobnie by się zabił, gdyby nie to ze jakiś mężczyzna zrobił wślizg korzystając ze śliskiej posadzki i złapał go w ostatniej chwili. 
- Widziałaś Ewa – spytał po upewniwszy się że złapane dziecko jest całe. - Dzieci spadają z nieba. - Po czym zwrócił się do Sary. - Jak się nazywa ta spadająca gwiazda?
W tym momencie Sara opowiedziała, że chłopczyk nie ma imienia i w dodatku nie potrafi mówić, bo też Alex wówczas nie potrafił. Dorośli nazywali to szokiem pourazowym, choć on żył w błogiej nieświadomości tego o jaki to znowuż uraz chodzi. 
- Czekaj Eb. Czy on ci kogoś nie przypomina? - spytała długowłosa kobieta mężczyzny.   
Tak właśnie poznał wujka Sary i jego żonę, która była siostra matki dziewczynki. Małżeństwo koniec końca go przygarnęli twierdząc, że magiczne dziecko niebezpiecznie jest pozostawić samemu sobie. 
- Chcecie go adoptować ? - spytała opiekunka sierocińca.
- Nie. Skądże, ale mam brata który chętnie się nim zaopiekuje.
- Shadow cię zabije - zauważyła Ewa ponuro. 
- Ależ skarbie przecież on kocha dzieci. Po prostu jeszcze o tym nie wie. - Zaśmiał się Eb.
Dla chłopaka adopcja zmieniała właściwie tylko tyle, że zyskał własny pokój, jednocześnie tracąc obiekt wspinaczki. 
- Bogów powinno się mieć w sercu, a nie wykutych w skale – rzucił sentencjonalnie Eb oddalając zarzuty głowy klany Wyroczni o uszkodzenie świętej rzeźby. - Cieszmy się, że uszy dziecka są całe, bo te trudniej byłoby na powrót przykleić. 
Gdy kobieta odeszła pouczył malca, że im wyżej się wejdzie tym boleśniejszy i niebezpieczniejszy jest upadek. To również brzmiało jak metafora, ale w tym wypadku chodziło raczej o znaczenie dosłowne. 
Okazało się jednak, że warto było spaść, by trafić w takie ręce. Poza tym tak jak przepowiedziała Sara zdążył na opowieści. 


sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 3: Jar w cieniu góry

„Bo nienawiść to rewers miłości. Jak orzeł i reszka. Jeśli nie wiesz, co znaczy kogoś kochać, skąd możesz wiedzieć, czym jest nienawiść? Jedno nie istnieje bez drugiego.”

Szczyty Gór Białych przywodziły Alexowi na myśl zęby gigantycznej bestii. Ostatnio widział je dwanaście lat temu, gdy jako dziecko opuszczał położony w tamtej okolicy klasztor, w którym żyły pacyfistyczny klas Wyroczni. Dziewice z tego klanu miały moc przepowiadania przyszłości, nazywano je Kapłankami, gdyż podobno sama Bogini Światła zsyłała im te wizje. Nie przepadały za czarodziejami i wzajemnie, ale dawały schronienie wszystkim którzy o nie poprosili. Jeśli u celu swej „pielgrzymki” nie znajdzie kryjówki, to prawdopodobnie nie znajdzie jej już nigdzie.

Nie mógł pozwolić sobie na dłuższe postoję, przystawał tylko by napełnić manierkę czystym śniegiem. Jego świecące właściwości nie martwiły go, gdyż znał ich tajemnice. Kapłanki opowiadały mu, że za pasmem gór rozciąga się olbrzymia pustynia, a gdzieś w jej sercu znajduje się oaza w której żyją wróżki. Woda ze zbiorników wodnych, przesycona ich magicznym pyłem paruje, unosi się chmurą, przelatuje przez góry i opadają jako śnieg.
Maszerował szybkim krokiem raz po praz obracając się, by obejrzeć się za siebie, choć miasto w którym spędził zimę dawno już zniknęło za nierównościami terenu. Miał irracjonalne uczucie, że zostawił w wiosce coś ważnego, ale starał się o tym nie myśleć, by coś go nie podkusi do powrotu. Przez pośpiech nie mógł nawet pożegnać się z akuszerką, dla której czasem pracował. Mógł mieć tylko nadzieje, że ona to zrozumie.
Przemierzał więc rzadki, sosnowy lasek o znikomym poszyciu, porastający nierówny teren pełen pagórków, jarów, wąwozów, parowów. W krajobrazie dominowały surowe skały, obrośnięta mchem spomiędzy, których wyrastały pojedyncze górskie kwiaty o intensywnej barwie i fantazyjnych barwach. Miały bardzo mało czasu, by skusić jakiegoś owada i zostać zapylone.
Nagle coś zmąciło panujący w lesie spokój. Krzyki, wołania, szamotanina, łamane suche gałązki. Jakby w jego stronę biegł tabun centaurów, nie spotykanych w tych stronach.
Hałasy dobiegał z jego lewej, z niewielkiego jaru, którego dno widział jak na dłoni, choć stał od niego w znacznej odległości. Przykucnął za jednym z nielicznych kolczastych krzaków.
Ktoś biegł brzegiem jaru, unikając stopniałego śniegu na dnie. Postać o czarnych sięgających szyi włosach, ubrana również na ciemno w długie spodnie, rękawiczkach bez palców zakrywających całe ramiona. Reszta odzieży wydawała się nieadekwatna do panującego klimatu. Sweter bez rękawków przylegała do ciała podkreślając sylwetkę, jak się domyślał kobiety.
Kobieta obejrzała się za siebie w stronę z której dobiegała niepokojąca wrzawa. Nadchodziło coś znacznie większego niż stado centaurów. Smok?
Czarnowłosa przewiązała żyłkę do wystającego korzenia, a drugi jej koniec do broni, którą rzuciła tak mocno, że ta wbiła się głęboko w pień drzewa naprzeciwko. Czynność powtórzyła jeszcze parokrotnie, aż na środku jaru pułapka przypominając pajęczą sieć. Nie tak gęstą i nie lepka, a jednak niebezpieczną. W tamtym bowiem miejscu teren nagle opadał, a resztki śniegu i lodu tworzyły niebezpieczną ślizgawkę, po której ostrożnie zjechała na dno dołu o stromych kamienistych brzegach. Za nią goniła grupa jeźdźców. Po ich wyglądzie Alex poznał w nich najemników, ludzi i nie tylko, wynajmowanych do zadań od kradzieży poczynając na morderstwach kończąc.
Cześć z nich poruszała się przeskakując z drzewa na drzewo, inni na nietypowych wymalowanych wierzchowcach. Na przodzie pogoni olbrzymia czarna salamandra dużymi susami pokonywała jar dopóki nie trafiła na żyłkę. Impet z wyrzucił jeźdźca z siodła. Mężczyzna, który przeleciał przez pułapkę i uderzył w ziemie, po drugiej stronie nie był człowiekiem. Nie należał również do elfów czystej krwi, choć nieco je przypominał. Był wysoki, smukły, miał szpiczaste uszy i długie srebrne włosy, które obecne miał pełne sosnowych igieł i tęczowego śniegu. Na tym jednak podobieństwa do tej rasy się kończyły.
Blada skóra obecnie umorusana ziemią i ostre pawie jak u wampira kły podpowiadały czarodziejowi, że oto ma przed oczami albo mrocznego elfa, albo mieszańca o bardzo ciekawym rodowodzie. Jemu podobni często kończyli jako najemnicy, nie mając gdzie się podziać na świecie. Odrzuceni zarówno przez ludzi, jak i elfy lub rzadziej krasnoludy.
Czarne oczy mężczyzny przyglądały się zmaganiom salamandry, która z każdym ruchem coraz bardziej plątała się w sieci, coraz bardziej się raniąc i dusząc. Pozostali najemnicy ominęli pułapkę i ruszyli w stronę parowu.
Alex ze swojego punktu widzenia wiedział, że uciekinierka właśnie znalazła się w sytuacji bez wyjścia.
- Poddajesz się? Wrócisz z własnej woli czy mamy cię ponownie zawlec do rodzinki? - Odpowiedź otrzymał negatywną, czym uciekinierka przypieczętowała swój los. Rzucała wszystkim co miała w kieszeni. Część tego arsenału dymił lub wybuchał, ale wszystko zdało się na nic.
Kiedy została związana Alex postanowił dowiedzieć się o co chodzi. 
 Jeszcze nigdy zrozumienie sytuacji nie było tak trudne. 
Kobieta zdawała się biec tu z północy, a najbliższą ludzką siedzibą był klasztor w górach. Nie wyglądała na kapłankę, prędzej na złodzieja, choć Alex nie miał pojęcia co w klasztorze mogłoby skosić rabusia. Chyba że rzeźby, ale te były raczej za ciężkie by z nimi wybiec. Z klasztoru nigdy nikt nie uciekał, a już z pewnością nie był goniony przez najemników, prędzej już Strażników, którzy kręcili się chroniąc kapłanki.
W końcu doszedł do wniosku, że jedynym wyjaśnieniem, choć mocno naciąganym, jest konflikt wewnętrzny pomiędzy najemnikami. Ta teoria legła w gruzach, gdy dosiadający niedźwiedzia krasnolud odezwał się do zapędzonej w kozi róg dziewczyny.
„Coś tu nie gra... Dlaczego tylu dorosłych mężczyzn, najemników, ściga uzbrojoną, ale jednak samotną kobietę? Czy to nie drobna przesada? Dlaczego chcą ją złapać, a nie zabić?”
- Stójcie – zawołał, nie kryjąc swej obecności. Mieli przewagę, ale w razie problemów, mógł się teleportować, poza tym nie mieli w interesie go zabijać, przynajmniej dopóki ktoś by im za to nie zapłacił.
Dziewczynę prowadzono właśnie do wozu zaprzeczonego przez dziwaczne olbrzymie muły, o ile to był tym na co wyglądały. Spytawszy co się dzieje otrzymał wiadomość, która nie wnosiła nic nowego, mimo iż drążył temat. Gdy jego spojrzenie skrzyżowało się z szarymi oczami dziewczyny, coś go tchnęło.
- Ja cię znam – powiedział, próbując sobie przypomnieć skąd i w tym momencie został ogłuszony.


Obudził się tam gdzie padł, cały będąc oblepiony sosnowymi igłami na których leżał i brudny od błota... To znaczy miał nadzieje, że to tylko błoto, ale w lesie nigdy nie wiadomo.
Miał mętlik w głowie. Nie wiedział, czy boli go przed uderzenie czy nie. W końcu wcześniej też nieznacznie bolała. Sam się obie dziwił, że udało mu się tak zręcznie utworzyć działający krąg w który wpadła Estera.
„Jeny co te wróżki dodały do tego swojego pyłu?”
Widział, albo wydawało mu się, że widzi osobę, która formalnie nie żyje.
„A może to po prostu ktoś do niej podobny?” - w sumie nie przyjrzał się za dokładnie, a szare oczy ma prawie każda Wyrocznia. Może rodzina od strony ojca postanowiło zabrać jakąś Widzącą z klasztoru w celu wydania na mąż, co dziewczynie się nie spodobało i postanowiła uciec. W sumie nie wyjaśniało to ilości najemników, ani zdolności ściganej w snuciu sieci z żyłki, a Wyrocznie nie oddałyby dziewczyny, gdyby ta nie wyraziła zgody.
„Co za różnica? I tak nie mam pewności dokąd się udali. Nie widać żadnych śladów, a duży wóz zawsze jakiś zostawia.”
Nie pozostawało nic innego jak iść dalej.


wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 2: Wojna... Jaka wojna?


Poprzedni rozdział:  Rozdział 1
____________________________________________________________________________________


„Ludzie zabijają się od zawsze i nadal będą się zabijać, bo taka jest ich natura.”

Duże ciężkie drzwi otworzyły się z trzaskiem. Nagłe niczym wejście smoka, choć paradoksalnie Roza od dziecka uważała smoki i wszystko co z nimi związane za zło wcielone.  Niedawno jej światopogląd drastycznie się zmienił, a to za sprawą jednego przyjaznego smoka, którego poznała kilka lat temu. 
Pewnym szybkim krokiem ruszyła przez korytarz na końcu, którego znajdowały się drzwi do sali tronowej. Nim jednak do nich doszła drogę zagrodziły jej halabardy strażników. 
- Król odbywa naradę wojenną.
- Ja właśnie w tej sprawię – powiedziała krzyżując ręce na piesi. Nie widziała z kim to jej ojciec mógł chcieć walczyć. Imperium było jedynym miejscem w którym żyli ludzie. Od północy ograniczone górami, od południa pustkowiem wypalonym przez Smoki. Państwo to jednoczyło wszystkich ludzi. Z nikim nie graniczyło nie licząc klasztoru Wyroczni w górach białych, ale ten był nietykalny. Ludzie wierzyli w ta samą Boginię Światła co smoki, elfy czy magiczni.  To może oznaczać jedynie większą kampanię, gdzieś za morze, za ocean a ten pomysł jej się nie podobał. 
- Mam instrukcję by nikogo nie wpuszczać. - tłumaczył jeden z mężczyzn odzianych w zbroje.
- Czy ty wiesz z kim masz do czynienia?- Choć chwilowo nie miała na sobie biżuterii, drogiej sukni i pachniała koniem i potem zamiast perfumami, to była pewna, że strażnik musiał ją poznać. Jej status był widoczny jeśli nie przez sposób poruszania, mówienia i spoglądania, to po twarzy, którą znano w całym kraju i daleko poza jego granicami. Opalonej twarzy otoczonej kruczoczarnymi włosami, o delikatnych rysach. Poza tym po świcie krążyły setki pieśni wychwalające intensywną czerwień jej ust i fiołkowe oczy. - Jestem Księżniczką Rozalindą, Kwiatem Imperium, najstarszą, jedyna córką króla i jedyną prawowita następczynią tronu. Wystarczy jedno moje słowo by ścięto ci głowę.
Oczywiście nie zamierzała nikogo zabijać swym rozkazem, ale on o tym nie wiedział. Mężczyźni spojrzeli po sobie i przełykając ślinę pozwolili jej przejść, przepraszając. W sali tronowej czekało ją podobne przyjęcie. Zebrani tam doradcy i król pochyleni dotąd nad mapą świata, nagle zwrócili w jej stronę zaniepokojone spojrzenia. 
- Rozalindo, co ty tu robisz? - spytał król takim tonem jakby za jedyną słyszą odpowiedź uznawał tylko: „Pomyliłam pokoje, przepraszam już wychodzę”. Roza odpowiedziała jednak inaczej.
- Chce z tobą pomówić ojcze.
- Jestem chwilowo zajęty. - Odwrócił się na powrót do mapy. 
W tłumie mężczyzn kobieta ujrzała swojego, od niedawna, męża Kella i poczuła się zdradzona. 
- Co tu się dzieje? - spytała gdy do niej podszedł i najwyraźniej próbował delikatnie nakłonić do tego by wyszła. Wyrwała się jednak. 
- To nic. Zwykła nudna polityka...
- Dla mnie wcale nie jest taka nudna. Chętnie usłyszałabym o paru sprawach. Na przykład o ostatniej egzekucji czarownic. 
- Kto ci o niej powiedział? - Tak jak się domyślała Kell wiedział o wszystkim. - To znaczy... kto ci naopowiadał takim... - Młody człowiek plątał się.
- Kłamstw? Nikt. Sama widziałam.
- Nie mogłaś widzieć – oburzył się król. - Egzekucję tego typu gdy już się odbywają to na placu targowym, a jego nie widać z pałacu... Opuściłaś pałac bez straży? - Szybko sam sobie odpowiedział. - Jak ty w ogóle jesteś ubrana? Twoja matka wie tym że nosisz się jak... jakaś...
Rozalinda miała na sobie długie, dopasowane spodnie. Pierwotnie uszyte do treningów Łowcy, z czasem przystosowane do jazdy na koniu. 
Król wydawał się niezadowolony, w przeciwieństwie do Kella, gdyż strój księżniczki podkreślał jej figurę a w szczególności nogi. 
- Nie zmieniaj tematu. Tato, czy znów ciebie coś opętało?Dlaczego planujesz wojnę i z czym?
- Nie. Czuje się zdrowy na umyślę. Planuje to już od trzech lat. Postanowiłem, że to co mnie dotknęło już nigdy się nie powtórzy. 
- Co to ma znaczyć?
- Zamierzamy raz na zawsze skończyć z magami z Illuminaris. Nie spoczniemy dopóki wszyscy magiczni nie znikną...
- Tato. Przecież smoki i cały wschód staną po stronie czarodziejów. - „Nawet jeśli nie sprzeciwili się ostatniej wojnie domowej” - dodała w myśli. - Nie rozumiesz, że to zapoczątkowałby...
- Jesteśmy gotowi na wojnę ze wschodem. 
- Nigdy nie będziemy na to gotowi, a nawet gdyby to na co nam to?  
- By przestać żyć w strachu. Robię to dla twojego dobra. Kiedy zasiądziesz po mnie na tronie...
- Nie chce władać takim państwem – protestowała Rozalinda, ale ojciec już jej nie słuchał i kazał straży odprowadzić ją do jej pokoju. 
„Trzeba coś zrobić i to szybko tylko co?” - rozmyślała gorączkowo księżniczka przechadzając się po swym pokoju dopóki jej spojrzenie nie padło na czystą kartkę i atrament.
Trzy lata temu jej przyjaciel pomógł jej gdy okazało się, że najmłodsza księżniczka Meridiana została opętana. Obecna sytuacja powinna go tym bardziej zainteresować ponieważ był smokiem. List taki to niczym policzek w twarz ojca, ale nie widziała innego wyjścia. Nie mogła dopuścić do wybuchu wojny. Ani zewnętrznej, ani wewnętrznej. 
„Drogi Pawle...”

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 1: Czarodziej

Poprzedni rozdział:  Prolog

Poniższy tekst jest kontynuacją poprawionej wersji Akane, czyli tej której nie zamierzam na razie upubliczniać na blogu. Za dużo z tym zachodu, wole iść do przodu niż pisać w kółko to samo. Musicie więc wiedzieć, że Meg będąca do tej pory krukiem, zmienia nam się we wronę. Dyktowane jest to moją sympatia do tych wrednych, padlinożernych ptaszysk, które już dwukrotnie mnie napadły. Poza tym w języku polskim wrona ma rodzaj żeński i wprowadza mniejsze zamieszanie podczas pisania.
By nie mieszać akcja dziać się będzie: Świat Smoków (zamiast Dragonterra), Świat Ludzi (czyli ten nasz, zamiast Realu)...  Nazwy biorą się od najpotężniejszych mieszkańców danego świata...  nie biorąc pod uwagę kosmitów :P.  
_________________________________________________________________________________

„Ludzie boją się i nienawidzą tych których nie rozumieją”


Colorist, osada najbardziej w Imperium wysunięta na północ, w rejonie tym zimy są wyjątkowo srogie, mroźne i długie, niemal dziewięciomiesięczne. Ziemia jesienią zamarzała, odmarzała dopiero późną wiosną, a zimom każdy jej skrawek przykrywała gruba pierzyna śniegu. Podczas przedwiośnia miało nietypowe, wyjątkowe zjawisko. Mianowicie biały puch odbijał słonce w taki sposób, że mienił się wszystkimi kolorami tęczy. 
Choć mieszkańcy wioski podejrzewali, że geneza zjawiska ma korzenie w magii, to trudno nawet tak konserwatywnym niemagicznym istotom bać się tęczy.  Krążyła oczywiście przestroga, by lepiej śniegu nie jeść. Niemniej, zjawisko przyjmowano bardzo entuzjastycznie, gdyż zapowiadała koniec zimny. Zabawy panowały huczne i trwały całą noc. Nikt kto miał lekki sen nie spał tej nocy i nikt kto posiadał ponad szesnaście wiosen, nie zasypiał trzeźwy. 
Nic więc dziwnego, że pewien prawie dwudziestoletni młodzieniec, jeszcze do południa odsypiał zarwaną noc. Sam już nie pamiętał, czy dotarł o własnych siłach, czy ktoś mu pomógł. 
Domyślał się jedynie, że nie leży ani na ławie ani pod ławą, ani na senniku na zapleczu. Musiał być w swoim pokoju, na piętrze. 
Nagle przez okno wleciała wrona, podleciała do niego i zaczęła go dziabać po głowie, szarpać za ubranie. Nieszczęśnik, będący ofiarą tej pobudki z początku jedynie mocniej zacisnął powieki i przewrócił na drugi  bok, gdy jednak ptak zaczął wydawać alarmujące odgłosy, przewrócił się na wznak.
- Znaleźli mnie aż tak szybko?  -  już trzeźwy powiedział nie wiedzieć do kogo. Wstał i wyjrzał przez okno. Przetarł swoje zielonkawe oczy, by upewnić się, że trójka jeźdźców stojących przed budynkiem naprzeciw nie są snem. Pocieszył się myślą, że nie wiedzą gdzie dokładnie go szukać. 
- Kończą mi się już pomysły... -  Pogłaskał ptaka po główce. 
W mieście ukrywał się przez całą zimę i miał nadzieje, że pościg dał już z nim sobie spokój. Nadzieja jednak matką głupich. 

Białe włosy rozwiane na wietrze przypominały swym kolorem śnieg do tego stopnia, że przechodnie przyglądali się im jakby spodziewając, że za chwilę zaczną migotać. Nic takiego nie nastąpiło. Ich właścicielka, kobieta o jasnej, jak kawa z mlekiem cerze szła pewnym krokiem w stronę gospody i nie miała zamiaru przemienić się w tęczę. Mimo że białe włosy kojarzyły się z siwizną z pewnością nikt nie dałby jej więcej niż dwadzieścia pięć lat.
Spod białego kożucha wystawał jej rąbek błękitnej sukni z grubego matowego materiału. Dama tuż przed drzwiami zatrzymała się, wyraźnie czekając, aż jej towarzysz otworzy jej drzwi. Z jej wejściem w gospodzie ucichły wszystkie rozmowy. Widok kogoś nowego w Colorist należał do rzadkości i zazwyczaj zwiastował zmianę. Ludzi w pomieszczeniu nie było za wiele, większość jeszcze spała. 
- Witam. - Dygnęła. - Drodzy zacni mieszkańcy Colorist. Jestem przekonana, że jesteście w stanie mi pomóc. Poszukuje pewnego mężczyzny, a w zasadzie chłopca w wieku, na oko dziewiętnaście wiosen. Jest średniego wzrostu, przeciętnej budowy, ma brązowo zielone oczy, włosy jasne, beznadziejnie potargane z nierówną grzywką... - zwracała się głównie do kelnerki, która zdawała się wiedzieć o kogo chodzi. - Fello. Pokaż rysunek.
W odpowiedzi jej towarzysz, ten sam który otworzył drzwi, wyciągnął zwitek pergaminu. Gdy rozwinął go zebranym nawet ci, którzy widzieli poszukiwanego zaledwie przelotnie, byli w stanie go zidentyfikować.
- Czego chcecie od Alexa? - spytała kelnerka.
- Chcemy go stąd zabrać – rozejrzała się po pomieszczeniu jakby uznawała, że lokal w którym się znalazła, nie jest godne jej osoby. Powstrzymała się przed wdychaniem nosem. - Wspomniałam, że to czarodziej?
Ostatnie słowo wywołało niespodziewane poruszenie. Każdy szeptał ostatni wyraz cicho, jakby było to imię samej śmierci, powtarzając go z niedowierzaniem. 
- Kłamiesz – krzyknęła dziewczyna, a trzymana przez nią taca zadrżała. - Sama jesteś czarownicom! - wypowiadając te słowa sama nie zdawała sobie sprawy ile w nich prawdy. Korzystała po prostu z prawa stworzonego przed wiekami przez pewną Kapłankę, a mówiącego, że nim oskarży się kogoś o czasy wpierw samemu należy przejść odpowiednio testy. 
Fello już chciał wystąpić do przodu w obronie towarzyszki, ale białowłosa zatrzymała go gestem ręki.
- Jak masz na imię? - spytała słodkim głosikiem białowłosa, jednocześnie spoglądając na nią szarymi oczami, skrzącymi się zimno jak okruchy lodu. 
- Kala – odparła kelnerka nagle lekko spłoszona. Nie należała do specjalnie śmiałych. Z natury cicha i pokorna zazwyczaj nie wtrącała się w takie sprawy. Zdała sobie właśnie sprawę z tego, że wszyscy się na nią patrzą i to dodatkowo ja speszyło. 
-Ja jestem Estera. Rozumiem, że oskarżając mnie, sama czujesz się bezpiecznie. - Przyjrzała się rozmówczyni. 
Jej burym włosom z fryzurą dobraną tak, by grzywka zasłaniała prawą stronę twarzy Kali. Mimo to dało się zauważyć nieregularne znamię zaczynające się pod policzkiem, obejmujące szczękę kończące się na szyi, biała nieregularna łata, odcinająca się od ciemniejszej skóry. Znak ten choć niezwykły z pewnością nie miał z magią nic wspólnego. Niezmiennie niebieskie oczy o wyraźnej skłonności do płaczu nieśmiało wpatrzone w podłogę. Nie wyczuwało się, by tkwiła w niej choć kropla many. Tak, dziewczyna była kompletnie niemagiczna. 
- Kalo, uwierz mi, że nie kłamię. On jest czarodziejem. Jeśli jednak wszyscy zachowamy się rozważnie, nikt nie ucierpi. 
- On jest na piętrze. - Staruszek o ciemnej, pełnej blizn i zmarszczek twarzy wstał i wskazał na schody.
- Dziadku – szepnęła Kala, jakby to mogło powstrzymać jej krewnego.  
- Drugi pokój po lewej – uściślił, nie zważając na wnuczkę. 
- Dziękujemy wielmożnemu panu. - Fello ruszył przodem, za nim Estera, a niewysoki wyrostek, który dotąd trzymał się z tylu, kolo drzwi marszałkował powili na samym końcu. 

Wskazany pokój okazał się pusty. Przy skromnym umeblowaniu nie mogło być mowy o jakiejkolwiek kryjówce. 
- Okno. – Wskazała kobieta, gdy jej uwagę przyciągnęła powiewająca na wietrze, poszarpana zasłonka.  Ani ona jednak ani jej towarzysz nie dotarł do celu.
Nie zauważyli kręgu, utworzonego z run, wymalowanych kredą na środku podłogi. Znaki nagle rozbłysły i odkleiły się od podłogi, podnosząc się na wysokość metra. Kręcąc się i kurcząc, związały parę ze sobą. Trzeci, czaił się w wejściu, ale zdezorientowany nie zdążył uchylić się przed drzwiami, które go znokautowały. Za nimi krył się oczywiście ścigany, który opuściwszy kryjówkę.
- Alex! - zawołała Estera. 
- Cicho, nie krzycz - syknął wołany, łapiąc się za głowę. Kac to choroba nieprzyjemna, a on jeszcze nie do końca się z niej wyleczył. 
- Chcemy tylko porozmawiać - tłumaczyła białowłosa.
- To się kiepsko składa, bo ja nie mam nastroju. - Alex wychodząc, przyjrzał się swojej ostatniej ofiarę. 
Leżący na korytarzu chłopak, mógł mieć nie więcej niż piętnaście lat. Kasztanowe włosy i twarz tak znajoma. Czarodziej pamiętał go, ale nie spodziewał się go w grupie poszukiwawczej. 
- Tobi. 
Ten sam któremu przekazał podstawy magi, gdy obudziła się z nim moc, ten sam który zabrał się z nim, by uciec z Tharond, swego rodzinnego miasta. W zasadzie powinien był się domyślić. 
„Był pierwszą osobą, której udało się mnie złapać” - Nigdy nie zapomni tej porażki, gdy pozbawiany many nie mógł się obronić przed atakiem w plecy. - „Tak nadawał się do tego zadania.” 
To pomyślawszy teleportował się.

Tymczasem w gospodzie stary weteran wojenny opowiadał o tym, jak to już dawno rozpracował podejrzanego o czary chłopaka. Starzec, dziadek Kali tak jak i ona posiadał na szyi charakterystyczne znamię, nie ukrywał go jednak w żaden sposób z resztą nie był w stanie przy kontraście między swoją ciemną skórą, a bielą plamy. Czasem wmawiał ludziom, że jest to jedna z licznych blizn po wojnie, w której wziął udział, ale nikt mu w to nie wierzył.  
Mężczyźni wymieniali się plotkami, o tym do czego magiczni są zdolni. Prawda mieszała się z przesadą, przechodząc w abstrakcję. Nie rozróżniali magii czarnej od tej dobrej, wszystko wrzucając do jednego worka. 
- Pewnie szpieguje dla elfów – ogłosił w końcu weteran.
Nagle w obronie Alexa stanął szewc. Zaczął od wyśmiania paranoicznych podejrzeń, a skończył na wymienieniu zasług chłopaka. Starzec bagatelizował te zasługi twierdząc, że gdyby był prawdziwym mężczyzną, a nie jakimś pomiotem demona, to w tym wieku powinien zapisać się do wojska.
- Wszyscy młodzi nie mogą, iść do wojska - protestował szewc. 
- Nie. Oczywiście – zakpił stary weteran. - Powinni pomagać, starym akuszerkom z przedmieścia. Mówię wam, ta kobieta to również czarownica, po prostu nikt nie ma tyle oleju w głowie, by to udowodnić. 
Szewc tylko pokiwał głową i wyszedł. Jedna rozsądna osoba to za mało, gdy szaleństwo rozniesie się jak zaraza. 
W gospodzie zaczęło robić się coraz tłoczniej. Kala przysłuchiwała się opowieścią dziadka, nie dowierzając. 
„Nie. On nie może być czarodziejem. Znam go. On nie jest zły.” - Prosta logika. Magiczni są źli, on nie jest zły, więc nie może znać się na magi. Uspokojona tą filozofią, poszła wykonać polecenie swojego szefa, by wynieść śmieci. Wrzuciwszy zawartość kubła do kamiennego zbiornika na zewnątrz, wpatrzyła się w zdawać by się mogło bezdenność tej studni na odpadki.  Zawsze tam zaglądała, mimo iż bała się, że tam wpadnie, lub zostanie wrzucona i już nigdy nie wyjdzie. 
Aż się wzdrygnęła, gdy usłyszała za sobą kroki. 
- Nie krzycz, proszę – powiedział znajomy głos, a jego właściciel zasłonił jej usta rękom i odsunął od kontenera. Kala Poczuła za sobą ścianę.
Alex stał przed nią ciepło ubrany w strój podróżny, z plecakiem na ramieniu, gotowy do drogi. Wyciągnął z kieszeni niewielki brzęczący woreczek i kluczyk, pokazał jej oba, a potem wrzucił jej do kieszeni fartucha. 
- To klucz od pokoju i opłata. Nie mogę tego przekazać osobiście... 
Oczy dziewczyny były okrągłe jak spodki, gdy zdała sobie sprawę, że jego tęczówki zmieniają kolor. Nie na czerwony jak mówili niektórzy w karczmie, również nie świeciły się, ani nie zwężały w szparki jak u węża. Po prostu rytmicznie rozjaśniały do koloru trawy i ciemniały, by po chwili barwą upodobnić się do kory dębu.
Przyglądał się jej jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale najwyraźniej nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Zostawił ją więc i rozpłynął się nagle jak sen. 

sobota, 8 lutego 2014

Prolog

Wybaczcie że tak długo to trwa, ale jak zwykle przepisując na komputer musiałam połowę streścić, pominąć, inna część dopisać. Do tego czytam jedną odmóżdżająca książkę, przeglądam matury... Nie przewidziałam również, że się rozchoruje. W każdym razie mimo to mam już szesnaście stron, mniej lub bardziej dopracowanych rozdziałów. A oto króciutki Prolog... swoja drogą ciekawe czy starczy mi cytatów do rozdziałów. 
______________________________________________________________________________


Prolog

„Im dłużej czekasz na przyszłość, tym będzie krótsza”


Białe szczyty pokryte śniegiem, który od wieków nietknięty trwa. Przez trzy lata, mimo zmieniających się pór roku towarzyszy jej ten sam widok za oknem i te same marzenie by uciec. Nie przeszkadzał mróz, wszechobecna pozbawiona duszy biel, wicher szepczący nocami, śledzące ja nieprzyjazne, przestraszone spojrzenia obcych ludzi, choć jednocześnie krewnych. Nie, choć i to przyprawiało o szaleństwo.
Problem stanowi bezczynność, gdy jest się zamkniętym mając tyle do zrobienia. Krótkie życie podczas którego spełniło się wszystkie swoje postanowienia jest stokroć lepsze od długiego, bezpiecznego bezcelowego istnienia. Nawet jeśli to pierwsze niesie pewną śmierć, a drugie niesie względny spokój.
Oczywiście nie chciała umierać, ale to uczciwa cena za wolność.
„Tak, tym razem musi się udać” - myślała, odwracając spojrzenie od okna.